Piwo

Wzięłam torbę, żeby wyjąć otwieracz z piórnika. Wyjęłam listę ze studniówki, pozaznaczałam parę nazwisk, zakreśliłam osoby co do których nie jestem pewna, odłożyłam listę; wyjęłam mandat z książki do wosu, jeszcze raz go obejrzałam, wcisnęłam do portfela, żeby nie zgubić, wyrzuciłam stare kwity z poczty, wrzuciłam portfel z powrotem do torby; zamknęłam, odłożyłam torbę; spojrzałam na biurko, przypomniałam sobie po co sięgałam po torbę, wyjęłam piórnik, otwieracz, odłożyłam piórnik; wzięłam butelkę, zobaczyłam napis TWIST OFF, wzięłam piórnik, odłożyłam otwieracz…

Historia pewnych rękawiczek

Miałam swoje ukochane  rękawiczki. Z takiej mięciutkiej czarnej skóry, na nadgarstku wyplatane rzemykami, na końcu miały milutkie szare futerko. Na urodziny tata mi kupił. Za cholerne 80 zł w reserved czy orsayu czy czymśtam takim.
Ale tak, miałam je. Z naciskiem na czas przeszły.
Początek listopada: poszłam z klasą na “Bitwę warszawską” do kina. W połowie drogi z kina do szkoły nagłe olśnienie – nie mam rękawiczek! Olać szkołę! Wracam do kina. Pytam: ktokolwiek widział, ktokolwiek wie?
Kolejny seans trwa, przyjdź później. Sprzątaczka będzie sprzątać to znajdzie.
Poszłam. Przyszłam później. Znowu pytam.
Nikt nie wiedział, nikt nie wie, pani bardzo przykro.
W drodze do domu zastanawiam się kto teraz będzie chodził w moich rękawiczkach? Sprzątaczka? Pani której było bardzo przykro? Czy ktoś z drugiego seansu, kto, kolokwialnie mówiąc, się nie bał i zajebał?
Miesiąc trwałam w żałobie po rękawiczkach. Dziwne, nie? Żałoba po rękawiczkach…
Na początku grudnia trochę się otrząsnęłam. Łażąc po sklepach trafiłam na inne – czarne, zamszowe, z rudym futerkiem na wierzchach dłoni. 39 zł. Tata zafundował na otarcie łez (no i mikołaja).
Przetrwały seans w tym samym kinie. Przetrwały szkołę. Przetrwały 3 tygodnie.

I co z nimi zrobiłam? No jasne, że zgubiłam…

Ja i moje przypały (1)

Z ostatniej soboty:

Przyjeżdżamy pod kościół, idziemy do księdza zapytać co i jak (swoją drogą pierwszy raz widziałam jak ksiądz się speszył, gdy spytaliśmy go czy możemy robić O.o) i idziemy do głównego wejścia, żeby wejść do kościoła jak ludzie. Mnie oczywiście nie wyszło wejście jak ludziowi. Wchodzę do “świętego przybytku” jak do siebie, obczajam szybko freski na suficie i na cały kościół wygłaszam opinię: “Oooooooooo! jak tu ładnie!” I wtedy słyszę głośne “SZSZSZSZSZSZSZSZZZZZZ” jak wszyscy goście obracają się w ławkach i zezują na mnie jakbym im matki gazetą zatłukła… Hmmmm… chyba nie musiałam wygłaszać mojej opinii (bogom dziękować, że pochlebnej!) tak głośno… Żądza mordu w oczach mojego taty potwierdziła.

Cholera…

Nigdy więcej wesel w mieście! (cz. 1)

Od trzech tygodni, gdy ktoś używa w jednej wypowiedzi słów “wesele” i “miasto” dostaje apopleksji albo stanu przedzawałowego. Po doświadczeniach z kolejnej soboty, gdy usłyszę “wesele” i “zespół z miasta” będę miała ochotę popełnić samobójstwo. Wiem to na pewno. Szczególnie jeśli jeszcze będę miała iść na takie wesele z “miastowym” zespołem. Ale po kolei.

Dlaczego nienawidzę wesel w mieście?

1. Jedzenie.

Wesele było bogate, to było widać gołym okiem. Ogromny wiejski stół, sękacz (mniam!), oryginalna Pepsi zamiast wody barwionej na brązowo, dobre, drogie cukierki zamiast bezsmakowych śmieci, dużo owoców i ciast, woda cisowianka, nawet wódka była całkiem, całkiem – Biała Żubrówka, niepodrabiana. Z sokami było już gorzej – podejrzewam, że to lokal je kupował. Najprawdopodobniej caprio lub costa. Albo inne tego typu świństwo z chińskich koncentratów (które, nawiasem mówiąc, nierozcieńczone są silniej żrące od kwasu siarkowego).  Tak więc dziękuję bardzo, soki mamy już z głowy – pijemy tylko pepsi i mirindę, ewentualnie wodę.
Chcąc – nie chcąc, gdyby nie było nic innego, sok można by jeszcze wypić. Ale żeby zjeść coś treściwego… Nic. Po prostu nie było nic jadalnego.
Po kościele, wiadomo, człowiek głodny – stres, a i najeździć (młody-młoda-kościół-bramki-sala) i nalatać (zakrystia-wejście-ołtarz-chór-itp-itd-wyjście-bramki menelskie pod kościołem) się trzeba, to i zdarzało się, że już w kościele żołądek mój strawy się domagał ;) Wchodzimy na sale, chleb i sól, sto lat, szampan i wreszcie dopadam stołu, zajmuję sobie jedno z dwóch wolnych miejsc i wpatruję się z nadzieją w talerz z makaronem. Taki podejrzanie żółty był (makaron, nie talerz), ale nie zwróciłam na to uwagi – wiadomo, głodny nie jesteś sobą ;) Tata stwierdził, że on jeść tego nie będzie… Ach, jaka szkoda, że nie poszłam za jego przykładem! Jeszcze w wazie, żółta, tłusta substancja zwana hucznie “rosołem” sprawiała wrażenie normalnej… wrażenie to topniało już po pierwszej łyżce. Przy drugiej zaczęłam się zastanawiać dlaczego ja to jem. Przy piątej pomyślałam, że rosół który gotuje moja mama jest o niebo lepszy, a przy dziesiątej, że nawet ja- totalne kuchenne beztalencie, które przypala wodę na herbatę – mogę zrobić lepszy. Przy końcu powstrzymywałam się żeby go nie zwrócić z powrotem talerzowi.  Smakował dosłownie jak woda z przyprawami i odrobiną oleju (napisałabym, że smakował jak szczyny, ale owych nigdy nie próbowałam). Z dużą ilością przypraw. A w takich “restauracjach” wiek rosołu określa się po ilości przypraw – im mniej, tym świeższy. No wiecie: trzeba doprawiać lub akurat – nowogotowany, trochę za dużo przypraw – z wesela z zeszłego tygodnia, zbyt dużo przypraw – sprzed dwóch tygodni, przyprawiony jak cholera – dawno, dawno temu ktoś pomyślał, żeby na wesele ugotować rosół, po poprawinach odkrył, że go jeszcze zostało, więc postanowił go zachować na następne (i tu wielki napis “10 lat później…”)…
Drugie danie podali po Gorzkiej wódce (a właściwie w trakcie – patrz następny punkt). Na sam widok zrobiło mi się niedobrze. Płaty mięsa w sosie nieokreślonego rodowodu, z farszem nie-wiadomo-jakim. Sam widok odrzucał. Na szczęście były do tego jeszcze kluski śląskie i talerzyk surówek, które jakoś ukoiły mój wrzeszczący żołądek. Do 21 żyłam tylko na sękaczu i pepsi. O dziewiątej podali… no właśnie, ktoś wie co to było? Gość z zespołu zgadywał, że to baranina. Cokolwiek by to nie było, było podgrzewane przynajmniej raz (stawiam na co najmniej dwa-trzy). Musiałabym nie jeść przez tydzień, żeby to tknąć. Do 24 żyłam na sękaczu i kawie… Potem tort (nikt nie pomyślał, że też byśmy zjedli) i oczepiny i jakoś zapomniałam, że jestem głodna (a może też trochę zapchałam się tym sękaczem?). Po oczepinach (jak to zbieranie na wózek się dłuuuużyło…) podali kaczkę. Podobno dobra była, ale tylko pod warunkiem, że się farszu nie jadło… I do ostatniego tańca znowu sękacz…

W dniu wesela, opinia kolegi taty: “Eeeee weź, tam to trzeba wcześniej dwa obiady zjeść i kanapki sobie zrobić. Tam to absolutnie niczego nie wolno jeść!”

A ostrzegano mnie…

2. Obsługa.

Takich dup wołowych to dawno nie widziałam! Ofiary cholerne, mózgu zero, więc myśleć nie mają czym! Pewnie dlatego GDY TYLKO zespól wyszedł za stoły, GDY TYLKO  my wzięliśmy sprzęt i poszliśmy za nimi to co te ofiary losu musiały robić? Gdy tylko wszyscy zaczęli się rozkręcać, śpiewać, wyć, kołysać się, pić i krzyczeć (czyt. gdy tylko zaczęło się coś dziać i było co kręcić i czemu robić zdjęcia) to co te ofiary rentgena zaczęły robić? Taaaaaaak, zaczęły zmieniać nakrycia! Zaczęły równo z zespołem i skończyły równo z zespołem! Co to przeszkadza, pytacie? A wyobraźcie sobie, że filmujecie parę młodą, bawią się zajebiście, najlepszy moment wesela, a tu nagle zza młodej wypycha się taka ofiara zwana hucznie kelnerką i, odpychając młodą, zaczyna zbierać talerze, szklanki, puste butelki i wszystko co się da! I jak tu dać potem taka scenę do filmu? Nie mogły tego zrobić zanim zespół poszedł grać za stoły? Nie mogły tego zrobić jak skończył? Albo najlepiej jak ludzie poszli tańczyć na salę?  Przecież tak by było wszystkim wygodniej! I nam, i im, i gościom! To przecież logiczne! No ale jak się mózgów nie ma/nie używa…
PS. Tak, tak było za każdym razem jak zespół poszedł za stoły – nowe nakrycia albo kolejne “danie”…

 

CDN.

Kopieeeeee

Mój tata: Ale te płyty z nadrukami to wam się zniszczą jak będziecie dawać gościom, lepiej zróbcie sobie kopie i kopie dawajcie ludziom…
Panna młoda sprzed paru tygodni: Ja to wiem, ja już sobie czystych płyt DVD z pracy nakradłam…

Ludzie są zarąbiści po prostu.

Dzięki, babciu!

Dzisiejszy dialog:

Babcia: No ale były tam na weselu jakieś fajne chłopaki?
Tata: No zarywał ją jeden chłopak z zespołu…
Babcia: No ale był pijany, prawda?

Dzięki, babciu…

Wspomnienia Taternika

Autentyk czyli Wspomnienia Taternika:
“Podczas jednego z obozów wspinaczkowych w Tatry pojechaliśmy w rejon Morskiego Oka. Dotarliśmy pod scianę. Nasz instruktor (jako, że byliśmy przygotowani na wyprawę pod każdym względem) zaproponował, żebyśmy sobie strzelili po jednym – “żeby nam się ściana trochę położyła – będzie się lepiej wchodzić”. Towarzystwo nie namyślało się długo i zaczęli “kłaść ściany” dosyć intensywnie, z czasem flaszki zaczęły topnieć jedna po drugiej i skończyło się na kompletnym uboju. Gdy grupa ocknęła się równo ze świtem zauważyli, że brakuje wśród nich prowodyra libacji – instruktora…”

I tutaj następuje wersja GOPR-owców:
“Zapieprzamy gazikiem, wyjeżdżamy zza zakrętu a tu jakiś facet na środku drogi idzie na czworaka, wbija haki w asfalt i asekuruje się liną…”

Dlaczego w Rosji nie porywają samolotów.

Z forum Pentaxa zapewne:

Poniedziałek
Porwaliśmy samolot na lotnisku w Moskwie, pasażerowie jako zakładnicy.
Żądamy miliona dolarów i lotu do Meksyku.

Wtorek.
Czekamy na reakcję władz. Napiliśmy się z pilotami. Pasażerowie wyciągnęli zapasy. Napiliśmy się z pasażerami. Piloci napili się z pasażerami.

Środa
Przyjechał mediator. Przywiózł wódkę. Napiliśmy się z mediatorem, pilotami i pasażerami. Mediator prosił, żebyśmy wypuścili połowę pasażerów.
Wypuściliśmy, a co tam.

Czwartek
Pasażerowie wrócili z zapasami wódki. Balanga do rana. Wypuściliśmy drugą połowę pasażerów i pilotów.

Piątek
Druga połowa pasażerów i piloci wrócili z gorzałą. Przyprowadzili masę znajomych. Impreza do rana.

Sobota
Do samolotu wpadł specnaz. Z wódką. Balanga do poniedziałku.

Poniedziałek
Do samolotu pakują się coraz to nowi ludzie z gorzałą. Jest milicja, są desantowcy, strażacy, nawet jacyś marynarze.

Wtorek
Nie mamy sił. Chcemy się poddać i uwolnić samolot. Specnaz się nie zgadza. Do pilotów przyleciała na imprezę rodzina z Władywostoku. Z wódką.

Środa
Pertraktujemy. Pasażerowie zgadzają się nas wypuścić, jeśli załatwimy wódkę.

Dworzyszcze

Tak siedzę i robię co mogę, żeby nie usnąć zanim rozładuje mi się akumulator w aparacie i postanowiłam zrobić coś produktywnego i wcielić w życie wizje zdjęcia która mnie nawiedziła przed wejściem do kościoła w Zakopanem (czy to zdanie ma jakikolwiek sens? Za bardzo nie kontaktuje, żeby to stwierdzić.).

Tu powinno być zdjęcie.

PS. Wiem, że ta winieta to taka sobie jest, ale po lepszą bym musiała zainstalować photoshopa a cholernie mi się nie chce.

PS2. Nie pytajcie mnie czemu tu jest taki tytuł. Po prostu to pierwsze słowo jakie mi przyszło do głowy gdy pomyślałam, że musze jeszcze wymyślić ten cholerny tytuł…

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.