Od trzech tygodni, gdy ktoś używa w jednej wypowiedzi słów “wesele” i “miasto” dostaje apopleksji albo stanu przedzawałowego. Po doświadczeniach z kolejnej soboty, gdy usłyszę “wesele” i “zespół z miasta” będę miała ochotę popełnić samobójstwo. Wiem to na pewno. Szczególnie jeśli jeszcze będę miała iść na takie wesele z “miastowym” zespołem. Ale po kolei.
Dlaczego nienawidzę wesel w mieście?
1. Jedzenie.
Wesele było bogate, to było widać gołym okiem. Ogromny wiejski stół, sękacz (mniam!), oryginalna Pepsi zamiast wody barwionej na brązowo, dobre, drogie cukierki zamiast bezsmakowych śmieci, dużo owoców i ciast, woda cisowianka, nawet wódka była całkiem, całkiem – Biała Żubrówka, niepodrabiana. Z sokami było już gorzej – podejrzewam, że to lokal je kupował. Najprawdopodobniej caprio lub costa. Albo inne tego typu świństwo z chińskich koncentratów (które, nawiasem mówiąc, nierozcieńczone są silniej żrące od kwasu siarkowego). Tak więc dziękuję bardzo, soki mamy już z głowy – pijemy tylko pepsi i mirindę, ewentualnie wodę.
Chcąc – nie chcąc, gdyby nie było nic innego, sok można by jeszcze wypić. Ale żeby zjeść coś treściwego… Nic. Po prostu nie było nic jadalnego.
Po kościele, wiadomo, człowiek głodny – stres, a i najeździć (młody-młoda-kościół-bramki-sala) i nalatać (zakrystia-wejście-ołtarz-chór-itp-itd-wyjście-bramki menelskie pod kościołem) się trzeba, to i zdarzało się, że już w kościele żołądek mój strawy się domagał
Wchodzimy na sale, chleb i sól, sto lat, szampan i wreszcie dopadam stołu, zajmuję sobie jedno z dwóch wolnych miejsc i wpatruję się z nadzieją w talerz z makaronem. Taki podejrzanie żółty był (makaron, nie talerz), ale nie zwróciłam na to uwagi – wiadomo, głodny nie jesteś sobą
Tata stwierdził, że on jeść tego nie będzie… Ach, jaka szkoda, że nie poszłam za jego przykładem! Jeszcze w wazie, żółta, tłusta substancja zwana hucznie “rosołem” sprawiała wrażenie normalnej… wrażenie to topniało już po pierwszej łyżce. Przy drugiej zaczęłam się zastanawiać dlaczego ja to jem. Przy piątej pomyślałam, że rosół który gotuje moja mama jest o niebo lepszy, a przy dziesiątej, że nawet ja- totalne kuchenne beztalencie, które przypala wodę na herbatę – mogę zrobić lepszy. Przy końcu powstrzymywałam się żeby go nie zwrócić z powrotem talerzowi. Smakował dosłownie jak woda z przyprawami i odrobiną oleju (napisałabym, że smakował jak szczyny, ale owych nigdy nie próbowałam). Z dużą ilością przypraw. A w takich “restauracjach” wiek rosołu określa się po ilości przypraw – im mniej, tym świeższy. No wiecie: trzeba doprawiać lub akurat – nowogotowany, trochę za dużo przypraw – z wesela z zeszłego tygodnia, zbyt dużo przypraw – sprzed dwóch tygodni, przyprawiony jak cholera – dawno, dawno temu ktoś pomyślał, żeby na wesele ugotować rosół, po poprawinach odkrył, że go jeszcze zostało, więc postanowił go zachować na następne (i tu wielki napis “10 lat później…”)…
Drugie danie podali po Gorzkiej wódce (a właściwie w trakcie – patrz następny punkt). Na sam widok zrobiło mi się niedobrze. Płaty mięsa w sosie nieokreślonego rodowodu, z farszem nie-wiadomo-jakim. Sam widok odrzucał. Na szczęście były do tego jeszcze kluski śląskie i talerzyk surówek, które jakoś ukoiły mój wrzeszczący żołądek. Do 21 żyłam tylko na sękaczu i pepsi. O dziewiątej podali… no właśnie, ktoś wie co to było? Gość z zespołu zgadywał, że to baranina. Cokolwiek by to nie było, było podgrzewane przynajmniej raz (stawiam na co najmniej dwa-trzy). Musiałabym nie jeść przez tydzień, żeby to tknąć. Do 24 żyłam na sękaczu i kawie… Potem tort (nikt nie pomyślał, że też byśmy zjedli) i oczepiny i jakoś zapomniałam, że jestem głodna (a może też trochę zapchałam się tym sękaczem?). Po oczepinach (jak to zbieranie na wózek się dłuuuużyło…) podali kaczkę. Podobno dobra była, ale tylko pod warunkiem, że się farszu nie jadło… I do ostatniego tańca znowu sękacz…
W dniu wesela, opinia kolegi taty: “Eeeee weź, tam to trzeba wcześniej dwa obiady zjeść i kanapki sobie zrobić. Tam to absolutnie niczego nie wolno jeść!”
A ostrzegano mnie…
2. Obsługa.
Takich dup wołowych to dawno nie widziałam! Ofiary cholerne, mózgu zero, więc myśleć nie mają czym! Pewnie dlatego GDY TYLKO zespól wyszedł za stoły, GDY TYLKO my wzięliśmy sprzęt i poszliśmy za nimi to co te ofiary losu musiały robić? Gdy tylko wszyscy zaczęli się rozkręcać, śpiewać, wyć, kołysać się, pić i krzyczeć (czyt. gdy tylko zaczęło się coś dziać i było co kręcić i czemu robić zdjęcia) to co te ofiary rentgena zaczęły robić? Taaaaaaak, zaczęły zmieniać nakrycia! Zaczęły równo z zespołem i skończyły równo z zespołem! Co to przeszkadza, pytacie? A wyobraźcie sobie, że filmujecie parę młodą, bawią się zajebiście, najlepszy moment wesela, a tu nagle zza młodej wypycha się taka ofiara zwana hucznie kelnerką i, odpychając młodą, zaczyna zbierać talerze, szklanki, puste butelki i wszystko co się da! I jak tu dać potem taka scenę do filmu? Nie mogły tego zrobić zanim zespół poszedł grać za stoły? Nie mogły tego zrobić jak skończył? Albo najlepiej jak ludzie poszli tańczyć na salę? Przecież tak by było wszystkim wygodniej! I nam, i im, i gościom! To przecież logiczne! No ale jak się mózgów nie ma/nie używa…
PS. Tak, tak było za każdym razem jak zespół poszedł za stoły – nowe nakrycia albo kolejne “danie”…
CDN.